PROJEKT : Cassia | Dziesiąte cassiowanie - jak pokochać swoje włosy na nowo?

PROJEKT : Cassia | Dziesiąte cassiowanie - jak pokochać swoje włosy na nowo?


Nie jest to długi post, bo największą różnicę zauważyłam przy piątym cassiowaniu, gdy do porównania miałam włosy niecassiowane. Tym razem, jest nieco inaczej, bo porównuję włosy cassiowanie i ciężko jest mi określić różnicę (pięć cassiowań to jednak zbyt mało). Musiałabym kupić mikroskop i pod takim kątem oglądać swoje włosy. 😅
Dlatego postanowiłam, że następne takie podsumowania będę robić, gdy minie trochę więcej czasu np. po roku cassiowania. Wtedy będę mogła konkretniej ocenić postępy. :)



Kolorystycznie moje włosy zmieniły odcień, są bardziej rude, lekko ściemniały (nadbudowujące się zioła - co mi nie przeszkadza) i mają intensywniejszy złoty połysk niż przed cassiowaniem (odpowiedzialny jest za to chryzofanol w cassi). No i bardziej się błyszczą! 🌟

W dotyku są na pewno cięższe, konkretniejsze i nie przypominają już piórek. ;)


"Zdjęcie włosów jak z reklamy" vs rzeczywistość 

Zapas ziół powoli mi się kończy i pewnie za jakiś czas kupie nowe. Zastanawiam się tylko, co z ziół mogę jeszcze dodać do mieszanki. Zależy mi na tym, aby mój kolor włosów pozostał taki sam, więc zioła nadające kolory odpadają. Mam jeszcze czas, to na pewno coś znajdę! :)

Podsumowując, bardzo polubiłam swoje włosy! Ostatni raz tak miałam, gdy hennowałam Khadi Red, z ta różnicą, że teraz nie muszę myśleć, jak zdjąć czerwień z włosów. 😂

Pozdrawiam,



Trzecie urodziny bloga - podsumowanie efektów pielęgnacji! | 2018

Trzecie urodziny bloga - podsumowanie efektów pielęgnacji! | 2018

W 2018 roku, moje życie zmieniło się diametralnie - skończenie technikum, wyjazd za granice, życie na swój własny koszt i chaos, który temu towarzyszył. Jednak to grudzień okazał się najintensywniejszym miesiącem i dlatego mój urodzinowy post, który miał się pojawić 6 stycznia, widzicie dopiero teraz.
Nie mniej jednak, zapraszam Was do podsumowania pielęgnacji włosów w 2018 roku!


Długość

Na początku ubiegłego roku, mogłam w końcu pozbyć się znienawidzonej przeze mnie zniszczonej części, po nieudanym rozjaśnianiu włosów - czekałam na to ponad półtora roku! 
Włosy po ścięciu sięgały mi ramion i mimo, że w takiej długości czułam się "świeżo", a włosy były fajniutkie to jednak zaczynałam tęsknić za długością jaką miałam. Sądziłam, że zanim do niej wrócę, minie kolejne półtora roku. Jednak, pisząc ten post i przeglądając zdjęcia z lutego ub.r., jestem w szoku, bo nie zdawałam sobie sprawy ile w ciągu tych 10 miesięcy udało mi się zyskać na długości. Jestem praktycznie przy tej samej długości, co przed cięciem! Tymczasem ścinając końcówki dwa razy po około 2 cm. ;)

Po lewej 1 lutego 2019, po prawej 25 lutego 2018

Jak to się stało? Powiem szczerze, że sama nie wiem. W tamtym roku, moje wcieranie było niezbyt intensywne, łącznie wcierałam może z miesiąc czasu (magia wcierek Banfi?). Suplementów również żadnych nie brałam, a mimo to było więcej niż jeden centymetr na miesiąc.

Kondycja 

Po podcięciu, pielęgnacja włosów stała się o niebo łatwiejsza przez co częściej miałam Good Hair Day, a moje już i tak zszargane nerwy, mogły w końcu odpocząć. Niestety, przez okres wakacyjny, nie było już tak kolorowo, ponieważ najgorętsze miesiące w roku, przejeździłam na rowerze, bez jakiejkolwiek ochrony na głowie (brawo ja). Przez moją głupotę włosy stały się suche, a moje odstające włoski osiągnęły apogeum odstawania. Dodatkowo, końcówki były już tylko do ścięcia.


Sytuację opanowałam gdzieś w październiku, zaczynając od pozbycia się suchych końcówek, porządnych włosingów i  od regularnego używania cassi, która odmieniła moje włosy.
Szczegółowo o cassiowaniu pisałam już osobne posty na blogu, a także na Instagramie, dlatego zapraszam do zapoznania się z ich treścią. Dodam tylko, że jestem niesamowicie zadowolona z tego, jak bardzo zioła pomogły mi w polepszeniu kondycji moich cienkich piórek.


Włosy są teraz bardzo błyszczące i już gołym okiem widać, że są grubsze. 🙌 Więcej o efektach napiszę po dziesiątym caasiowaniu - dlatego śledźcie mnie na bieżąco!


Kosmetyki

W maju postanowiłam zrobić ogromne kosmetyczne zakupy, na których opierałam pielęgnacje włosów przez resztę miesięcy. Poniżej podaję Wam linki do recenzji, o jakże chwytliwych tytułach "Na co wydałam miliony monet?" 😀 Dopiero w październiku, moje zapasy powiększyły się o maskę Anwen Winogrona i Keratyna oraz o odżywkę również od Anwen Proteinowa Magnolia.


Do tej pory zdenkowałam wszystkie szampony z EcoLab, a także serum CHI. Maski z Planeta Organica skończę może dopiero za kilka lat - jak na moje włosy, są mega wydajne.

Plany na przyszłość

Cassiowanie i wcieranie to mój priorytet. Do mojej wymarzonej długości nie dużo brakuje, więc taka kombinacja powinna przyśpieszyć ten proces. Miejmy nadzieję, że za rok będę mogła napisać "UDAŁO SIĘ, mam swoją wymarzoną długość!", a czy tak się stanie - czas pokaże... :)


Dziękuję wszystkim za przeczytanie mojego podsumowania i dziękuję również za każde komentarz i wyświetlenie! Bardzo się cieszę, że jest ktoś kto czyta moje "wypociny" i obserwuje moją drogę do długich włosów!


I tradycyjnie, roczne statystyki bloga...

Jest już 36 Włosowych Ktosiów na blogu, a także 513 na Instagramie!
Zostawiliście w sumie 331 komentarzy i zajrzeliście na bloga ponad 70 tysięcy razy..

Jeszcze raz, dziękuję!

A jak wyglądał Wasz miniony rok?
Pozdrawiam,


Recenzja #17  Czy warto kupić maskę od Anwen? // Maska winogrona i keratyna dla włosów średnioporowatych

Recenzja #17 Czy warto kupić maskę od Anwen? // Maska winogrona i keratyna dla włosów średnioporowatych

Gdy zobaczyłam, że moja włosowa guru wypuściła swoje maski, byłam bardzo podekscytowana. W końcu pojawił się kosmetyk dla włosomaniaczek od włosomaniaczki. I chociaż od tego momentu minęło dwa lata, to dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na zakup jednej z trzech masek od Anwen.



Tak jak pisałam we wstępie, gdy zobaczyłam maski od Anwen, zaświeciły mi się oczy. Przede wszystkim, zakochałam się w tej pięknej szacie graficznej, która jest bardzo kobieca i delikatna. Uwielbiam roślinne motywy na etykietach kosmetyków, bo oprócz tego, że cieszą oczy i umilają użytkowanie, to takie produkty ładnie prezentują się na półeczce i na zdjęciach. ;) 

Maska jest zamknięta w szerokim i dosyć płaskim słoiczku z metalową zakrętką, co według mnie wpływa na wartość tego produktu. Jej pojemność wynosi 200 ml, a konsystencja jest bardzo gęsta. Zapach jest delikatny, przypominający zapach odżywek z NIVEA, lecz nie tak intensywny. Na włosach jest niemal niewyczuwalny.


Składy nie są skomplikowane i nie mają wyszukanych składników. Jak sama Anwen pisała :

Same składy są raczej proste, może nawet minimalistyczne. Nie chciałam wrzucać miliona egzotycznie brzmiących składników, wolałam zamiast tego postawić na kilka dobrze znanych. Takich które naprawdę pozytywnie działają na nasze włosy.

Wybrana przeze mnie wersja dla włosów średnioporowatych w składzie ma olej winogronowy, hydrolizowaną keratynę, hydrolizowany jedwab, aloes, glicerynę i krzemionkę. Taka kombinacja, zapewnia włosom PEH-ową równowagę, dzięki czemu włosy mają wszystko czego potrzebują w jednym produkcie.



Jestem już po kilkunastu użyciach  i co mogę powiedzieć, to to, że naprawdę spełnia potrzeby włosów. Jest idealna na "szybkie wyjścia" i często po nią sięgam. Otula włosy, wygładza i sprawia, że fajnie się układają. W skrócie, jest po prostu dobrym produktem.
Czy anwenówka jest niezastąpiona? Myślę, że nie. Równie podobny efekt na moich włosach, daje mi czarna marokańska maska z Planeta Organica, która jest o wiele tańsza. Jednak... Czy nie fajnie wspierać polskie produkty, tworzone z pasją? Sama Ania wspominała niejednokrotnie, że koszt stworzenia i wyprodukowania kosmetyku w Polsce, to nie lada wyzwanie. Dlatego uważam, że trzeba doceniać włożoną pracę przez naszych rodaków. ;)



A co wy sądzicie o tej masce? I  jakie macie podejście do rodzimych produktów?
Pozdrawiam,



PROJEKT : Cassia | Piąte cassiowanie - czy warto nakładać ziołowe "błotko" na cienkie włosy?

PROJEKT : Cassia | Piąte cassiowanie - czy warto nakładać ziołowe "błotko" na cienkie włosy?

Jak widzicie po tytule, to już moje piąte spotkanie z cassią i chciałabym się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami i efektami. Na początku myślałam, aby opisywać każde cassiowanie, jednak doszłam do wniosku, że takie posty byłyby nudne i krótkie. Dlatego też, przepisy i zdjęcia z każdego razu publikuję na Instagramie, na którego serdecznie zapraszam! A póki co, zapraszam do lektury. ;)

Po lewej efekt po pierwszym cassiowaiu, po prawej po piątym cassiowaniu 
Jak przygotowuję mieszankę ziół?

Zioła i ich proporcje zawsze były te same, czyli trzy łyżki cassi, jedna łyżka neem i jednka łyżka głożyny (raz zdarzyło mi się dodać odrobinę słodkiej papryki) i tylko płyn do rozrabiania, a w moim przypadku owocowe herbatki, zmieniały się nieznacznie składami. Dla przykładu podam skład jednej z nich : 


Występują tu różne zakwaszacze, dzięki czemu, dodanie cytryny nie jest już konieczne, przez co przesusz jest zminimalizowany.

Jeśli chodzi o czas "leżakowania" mieszanki, to było z tym różnie : 36h, 24h, 18h i w żadnym przypadku, rozrobiona cassia nie zmieniała swojego wyglądu, czy właściwości. 
Natomiast, czas trzymania błotka na włosach, był zawsze ten sam - 4 godziny pod czepkiem i czapką. Utlenianie na czuprynie, standardowo - dwa dni. Cassiowanie - co dwa tygodnie.


No i najważniejsze, czyli efekty.

Zacznijmy od skóry głowy, bo mało się o tym mówi, przy używaniu ziół w pielęgnacji.
Zauważyłam, że pojawiła się nowa zgraja baby hair. Przez te kilka miesięcy, rzadko wcierałam wcierki, więc sądzę, że to właśnie zasługa ziół, które poprawiły kondycje skóry. Oczywiście, ilość nowych włosków nie jest tak spektakularna jak przy używaniu wcierek, jednak nawet takie lekkie odchylenie od normy mnie cieszy. 

Po lewej po pierwszym cassiowaniu, po prawej po piątym cassiowaniu

Powiem szczerze, że spodziewałam się, że moje kłaczki przejdą "metamorfozę", ale, gdy już mogę je dotknąć i zobaczyć na żywo, a nie oczami wyobraźni, to nie mogę uwierzyć, że te grubsze, cięższe i mega błyszczące włosy należą do mnie.
Jestem bardzo zadowolona z efektów i z tego, że nie tylko ja widzę różnicę. Uwaga! Anegdotka!
Po skończonym suszeniu włosów, po pierwszym włosingu po dwóch dniach utleniania, przychodzę do swojego TŻ :
- Patrz jakie fajne! Po prostu są cudowne! No dotknij je, zanurz palce, o tak (i tutaj pokazuje mu jak ja miziam włosy).
I co na to mój TŻ? Łapie mnie za kitkę, ściska ją parę razy i mówi : 
- No, fajne są.
Mój poziom zażenowania osiąga zenitu,odwracam się na pięcie i wracam do łazienki podziwiać je dalej. 😂 Czyli tak w skrócie o tym, jak mój człowiek ocenia kondycje moich włosów.

Wracając do efektów... To tak naprawdę początek, zalążek tego, co chcę osiągnąć. Wydaje mi się, że dzięki cassiowaniu, osiągnę w końcu swój cel i zapuszczę włosy za piersi.

Czy polecam używanie cassi przy cienkich włosach?
Oczywiście, że tak! Nie jest to efekt jak po czystej hennie, jednak, jeśli zależy nam, aby włosy nie zmieniły koloru, to cassia jest jak najbardziej w porządku. Ja u siebie zmiany koloru nie zauważyłam, jedynie to pogłębienie koloru, nadanie mu tzw. efektu 3D (?). W każdym razie, jest nadal rudowaty. :)

I to by było na tyle jeśli chodzi o cassiowanie cienkich włosów. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, to zapraszam do komentarzy. :) 

Pozdrawiam,




Recenzja #16 Olej z maku - jak działa i u kogo się sprawdzi?

Recenzja #16 Olej z maku - jak działa i u kogo się sprawdzi?

W mojej mini serii "Na co wydałam miliony monet?" nie umieściłam olei, ponieważ jest ich tylko dwa i chciałam napisać o nich osobne recenzje. Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie olej makowy.
W porównaniu do popularnej oliwy z oliwek, olej z nasion maku, nie jest tak rozpowszechniony, dlatego też, aby przybliżyć Wam jego działanie i właściwości, wszystkich ciekawych tego produktu, zapraszam na post!



Olej makowy i jego właściwości


Wiele źródeł podaje różne dane, dotyczące procentowej ilości składników oleju makowego. Jednak w każdych z nich, na czele występuje kwas linolowy, a zaraz po nim kwas oleinowy oraz w mniejszych ilościach kwas palmitynowy i stearynowy. Sprawia to, że olej ten jest olejem nienasyconym, czyli niewnikającym, mający duże cząsteczki. Tego typu olej powinien sprawdzić się na włosach wysokoporowatych, ale jak wiemy, nie zawsze dedykowane oleje dla danej porowatości, muszą być odpowiednie.

Olej jest koloru jasnożółtego i ma orzechowy/makowy zapach, który umila olejowanie. ;)

Jak sprawdził się na moich włosach?


Przy pierwszych użyciach oleju, miałam wrażenie, że po myciu włosy były niemiłe w dotyku, jak gdyby były przesuszone, a także sprawiał, że włosy robiły się proste jak drut. W miarę dalszych prób, efekt ten w małym stopniu zanikł i pojawił się widoczny blask. Oprócz tego, znalazłam określenie na "drutowanie" włosów - ten olej po prostu działa utrwalająco.

Niestety, jeśli chcemy zmyć olej makowy z włosów tylko delikatnym szamponem, metoda ta może być niewystarczająca. Jak dla mnie jest to dość ciężki olej więc, aby uniknąć efektu przyklapu lub nieświeżych włosów na drugi dzień, warto najpierw zemulgować olej, a następnie użyć szamponu. Może się też okazać, że na Waszych włosach nie będzie takiego problemu, co jest powodem do radości.

Jeśli chodzi o sposób nakładania, to olej przetestowałam w różnych kombinacjach. Zaczynając od olejowania na sucho, kończąc na mieszaniu większej ilości oleju z różnymi maskami. I to co zauważyłam to to, że najlepiej działa z podkładem nawilżającym, czy np.maską lub odżywką. Tak jak wspominałam wyżej, sam w sobie może działać przesuszająco.

Kupując ten olej, byłam zauroczona tą piękną etykietą! Czyż nie jest dostojna? 

Dla kogo się sprawdzi?


Według mnie, idealnie sprawdzi się dla kręconowłosych. Olej ten, powinien pięknie utrzymać skręt i przy okazji nabłyszczyć loczki. Jeśli chodzi o włosy proste, to jest to dobry "zamiennik" prostownicy, który zamiast niszczyć włosy - pielęgnuje je.

Podsumowując


Olej makowy nie skradł mojego serca i mimo, że jest w przepięknej buteleczce i pięknie pachnie to nie zrobił na mnie większego wrażenia. Myślę, że pozostanę przy stosowaniu go jako półprodukt. Ewentualnie, zacznę używać go do ciała, bo z tego co przeczytałam w Internecie, dobrze spisuje się na skórze.

Mieliście do czynienia z tym olejem? Co możecie powiedzieć na jego temat?
Pozdrawiam,


PROJEKT : Cassia - nowy etap w pielęgnacji moich włosów.

PROJEKT : Cassia - nowy etap w pielęgnacji moich włosów.

Ziołowa pielęgnacja nie jest mi obca. Dwa lata temu miałam styczność z henną Khadi Red, a rok później z cassią, którą nakładałam jako odżywka. Od pewnego czasu, chciałam zmienić coś w swojej pielęgnacji i tak narodził się pomysł z cassiowaniem. Jesteście ciekawi, czego użyłam i jaki był efekt po pierwszej mieszance? Zapraszam do lektury...



Czym jest cassia?

Po pierwsze, cassia to cassia i nie jest bezbarwną ani neutralną henną. W cassi znajduje się chryzofanol, który nie ma koloru, ale daje żółtą/złotą poświatę.
Co nie oznacza, że wyjdą nam z tego kurczakowato żółte włosy. Nie będą też zielone. Cassię można spokojnie rozjaśniać, kłaść na włosy rozjaśniane i nie ma z tym żadnego problemu.

Czemu cassia?
Nie będę ukrywać, że decyzja o cassiowaniu zapadła, gdy na grupie zobaczyłam efekty regularnego używania zioła/ziół (odsyłam do przykładowych postów z grupy tutaj i tutaj - UWAGA! Aby je zobaczyć trzeba dołączyć do grupy, czego na pewno nie będziesz załował/a! :)).
Po przygodzie z henną, która bardzo wpłynęła na stan moich włosów, nie sądziłam, że coś co ma tylko dawać refleks, może również być efektywne. 


Nad wyborem firmy nie zastanawiałam się zbyt długo, bo od jakiegoś czasu, moją uwagę przykuła marka Phitofilos, o której dużo mówiła Agnieszka z napieknewlosy.pl lub dziewczyny z bloga sophieczerymoja.
Z racji tego, że nie mieszkam już w Polsce nie miałam możliwości zakupu przez wyżej wymienione sklepy, dlatego postanowiłam zamówić przez internet ze strony ecco-verde.at 
Kupiłam dwie saszetki po 100 gram cassi, 100 gram głożyny oraz 100 gram neem z firmy Biopark Cosmetics. Skąd taki wybór? 
Cassi wzięłam na zapas, głożyny dlatego, że wzmacnia efekt pogrubienia oraz w pewnym stopniu zakwasza mieszankę i neem, który sprawia, że włosy są miękkie i błyszczące. 
Za całość zapłaciłam około 20 euro.

Gdy przyszła paczka...

Sądziłam,że 100 gram produktu to nie jest wcale tak dużo i na zdjęciach opakowania Phitofilos wydawały się cieniutkie. Jednak, gdy przyszła paczka, okazało się, że paczuszki są po prostu nabite proszkiem. Przy ich otwieraniu, naprzód zrobiłam małą dziurkę nożyczkami, aby do środka doszło powietrze, dzięki czemu, mogłam rozciąć saszetkę bez zbędnego bałaganu i bez marnowania ziół.

Przygotowanie mieszanki

Wszystkich składników dodałam na oko, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć ile było ich dokładnie. 

Do sypkich składników, wlałam owocową herbatę, która w składzie ma hibiskus, dziką różę, jeżynę,skórkę pomarańczy,maliny oraz dodałam 2 łyżeczki soku z cytryny. Wszystko razem rozmieszałam i otrzymałam jednolitą pastę. W porównaniu do cassi ze Swati (obecne Satvy) zauważyłam, że Phitofilos ma lepiej zmielone zioła, ponieważ mieszanka była gładka, bez żadnych "paprochów" w środku.


Początkowo, cassia z dodatkami miała poleżeć przez 24 godziny, ale dopiero po 36 godzinach nałożyłam ją na około 4 godziny na włosy. Ze spłukiwaniem nie miałam żadnych problemów, bo wszystko ładnie zmyło się z wodą. Bardzo zdziwiło mnie to, że po osuszeniu włosów bawełnianą koszulką, były bardzo mięciutkie, jakbym nałożyła na nie odżywki. W trakcie suszenia, włosy zrobiły się już mniej miękkie, ale nadal nie było śladu standardowego przesuszu po ziołach.

Po wysuszeniu, starałam się rozdzielić włosy palcami, a następnie nałożyłam na końcówki kropelkę serum CHI, ponieważ końce są już w nie najlepszym stanie i nie chciałam, aby ciągle się plątały.
W trakcie tych dwóch dni czekania, aż zioła "zaczepią się włosów", starałam się nie dotykać włosów i nie rozczesywać ich, ponieważ, były tępe w dotyku i nie chciałam pozbyć się połowy czupryny.

Efekt
Na razie nie widać efektów cassiowania, ale wierzę, że co miało zrobić na początek - zrobiło.
W dniu mycia włosów, zrobiłam sobie (pierwszy raz w życiu!) warkocz holenderski i chcąc zobaczyć jak mi wyszedł, zauważyłam, że niektóre pasma wydają się być dziwnego koloru. A mianowicie, były w odcieniach delikatnej szarości/zieleni. Ciężko mi jest opisać dokładnie ich kolor, więc zobaczcie sami.

Światło dzienne
A tak prezentowały się włosy po dwóch dniach od mycia :
Włosy przy sztucznym świetle


I po 7 dniach :
Włosy przy sztucznym świetle
Po upływie tych siedmiu dni zauważyłam, że włosy są sypkie i nie odkształcają się tak szybko (przez kilka dni nosiłam warkocz i nie było standardowych odgniecionych fal).


Co muszę poprawić przy następnym cassiowaniu?

- Myślę, że następnym razem zrobię maskę chelatująca, aby pozbyć się prawdopodobieństwa zielonych włosów. Nie sądziłam, że tu gdzie mieszkam, jest tak twarda woda.
- I dodatkowo rozrobię rzadszą mieszankę, ponieważ tym razem wyszła mi zbyt gęsta i miałam pewien problem przy nakładaniu.
- Zacznę odmierzać zioła 😂



Podsumowując
Sądzę, że opcja z cassią to dobry pomysł, a na pewno lepsze niż z "kolorową" henną. Moje włosy są rudowate i żółta/złota poświata nie powinna stanowić problemu.
Po pierwszym razie, jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że kolejne efekty po cassiowaniu będą coraz bardziej widoczne. Nie mogę się doczekać etapu dziewczyn z grupy. Tak jak pisałam wyżej, efekt regularnego "ziołowania" włosów robią ogromne wrażenie - szczególnie na cienkowłosej mnie.



Jakieś porady/wskazówki co powinnam udoskonalić w cassiowaniu? 
Pozdrawiam




Na co wydałam miliony monet? cz.2 - MASKI I BALSAMY

Na co wydałam miliony monet? cz.2 - MASKI I BALSAMY

Witajcie czytelnicy!

Jestem Wam winna przeprosiny, ponieważ moja przerwa była zdecydowanie za długa. Przez ostatnie miesiące dużo się dzieje i przez to nie mogłam wykrzesać z siebie jakiejkolwiek motywacji i chęci do pisania. Z drugiej strony, bardzo brakowało mi aktywności w Internecie, dlatego postanowiłam w końcu coś z tym zrobić - i o to jestem. ;)
Dziś druga część z serii zakupowej, w której opiszę Wam jakie maski i balsamy mam w swoim posiadaniu. Pojawią się znane produkty, jak i te mniej. Zapraszam do czytania!

MASKI

Na temat tych masek czytałam sporo pozytywnych opinii, które zaintrygowały mnie na tyle, aby wypróbować je na swoich włosach. Z czterech masek Planeta Organica, wybrałam dwie - marokańską i toskańską. Te maski miały najwięcej pochlebnych recenzji, dlatego wolałam zdać się na "głos ludu" i nie ryzykować.

Czarna marokańska maska

Jest moim totalnym ulubieńcem, po którego sięgam, gdy chcę mieć pewność, że włosy będą wyglądać naprawdę dobrze. Działa wygładzająco, nadaje włosom miękkości i witalności. Jednak muszę uważać z ilością, ponieważ zbyt duża ilość sprawia, że włosy są przyklapnięte i wzbijają się w strąki.

Maska jest zamknięta w plastikowym pojemniczku o pojemności 300 ml. Dla niektórych, może się wydawać, że jest jej mało, ja jednak uważam, że produkt jest bardzo wydajny (zazwyczaj maskę zbieram jednym krótkim ruchem z wieczka), bardzo dobrze rozprowadza się po włosach i z pewnością wystarczy mi na baaaaardzo długo. Zapach, jak dla mnie, ma bardzo przyjemny.



Aqua with infusions of Organic Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Organic Citrus Aurantium Amara Flower Oil(olej neroli), Laurus Nobilis Leaf Extract (ekstrakt laurowy), Olea Europaea Fruit Oil (oliwa z oliwek), Eucalyptus Globulus Leaf Oil (olejek eukaliptusowy), Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil (olejek lawendowy), Origanum Vulgaris Extract (ekstrakt z oregano); Cetearyl Alcohol , Glyceryl Srearate , Behentrimonium Chloride , Cetyl Ether, Isopopyl Palmitate , Cyclopentasiloxane, Dimethiconol , Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.


Jak widzicie, skład opiera się na olejach, a szczególnie na oleju arganowym, który świetnie działa na moich włosach. To właśnie ten olej, obok oliwy z oliwek, grał pierwsze skrzypce w pielęgnacji, którą wprowadzałam kilka lat temu, jako początkująca włosomaniaczka.


Maska toksańska

Co do tej maski, mam mieszane uczucia, ponieważ raz sprawdza się świetnie i daje podobny efekt do czarnej maski, a raz mam wrażenie, że delikatnie puszy mi włosy i nie nadaje im jedwabistości jak w przypadku maski marokańskiej.
Ostatnio nałożyłam ją na 20 minut pod czapkę, na naolejowane włosy i efekt mi się podobał, chociaż mogłam jej użyć trochę mniej, ponieważ po jakimś czasie włosy zaczęły się mocno strączkować.
Obie maski mają taką samą pojemność i są i również ta maska, jest bardzo wydajna.



Aqua with infusions of Organic Olea Europaea Fruit Oil (organiczna oliwa z oliwek), Organic Cymbopogon Citratus Essential Oil (organiczny olej z trawy cytrynowej), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Punica Granatum Fruit Extract (ekstrakt z granatu), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej migdałowy), Saccharum Officinarum Extract (ekstrakt z trzciny cukrowej), Cetearyl Alcohol, Glyceryl Srearate, Bis (C-13-15 Alkoxy), PG-Amodimethicone, Cetrimonium Chloride, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid

BALSAMY

Balsam fiński

Za ten balsam sięgam najczęściej i używam go jako podkład pod olej lub jako odżywka kończąca mycie. Sprawdza się świetnie, a humektantowy skład dobrze nawilża moje włosy.
Balsam jest w buteleczce z dozownikiem, co mi się bardzo podoba, o pojemności 280 ml. Kosmetyk jest gęsty i ma lekki orientalny zapach, który utrzymuje się na włosach. Myślę, że dobrze sprawdziłby się na włosach suchych, rozjaśnianych.




Aqua with infusions of Organic Rubus Chamaemorus Seed Extract (organiczny ekstrakt Maliny Moroszki), Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Extract (ekstrakt z rokitnika), Organic Calluna Vulgaris Flower Extract (organiczny ekstrakt z wrzosu), Melilotus Officinalis Extract (wyciąg z nostrzyka), Centaurea Cyanus Flower Extract (wyciąg z bławatka), Organic Oxycoccus Palustris Seed Oil (organiczny olej z żurawiny); Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Cetrymonium Chloride, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum


Balsam tybetański

Emolientowe cudeńko, które otula włosy i nadaje im miękkości. Tak jak balsam fiński, produkt jest w 280 mililitrowej buteleczce z dozownikiem i ma gęstą konsystencję. Jak dla mnie pachnie tak, jakby miał w sobie domieszkę alkoholu, ale uważam, że tę nutę zawdzięcza ciekawym składnikom.



Aqua with infusions of Organic Zingiber Officinale (Ginger) Root Oil (organiczny olej z imbiru), Organic Helichrysum Arenarium Extract, Leontopodium Alpinum Flower/Leaf Extract (szarotka alpejska), Thermopsis Alpine Extract (łubinnik alpejski), Origanum Majorana Leaf Extract (majeranek), Pimpinella Anisum (Anise) Seed Extract (anyż), Eugenia Caryophyllus (Clove) Seed Extract (goździk), Crocus Sativus Flower Extract (szafran), Curcuma Longa Root Extract (kurkuma), Solidago Virgaurea (Goldenrod) Extract (nawłoć); Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Cetrymonium Chloride, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Bromide, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid, Citric Acid, Parfum.

Skład prawie jak z kuchni, prawda?

Balsam malina moroszka

Balsam z kwasami owocowymi, który niestety nie sprawdził się tak jak zakładałam przed zakupem. Chciałam od czasu do czasu zakończyć nim pielęgnację, aby wygładzić łuski włosów. Niestety, po użyciu produktu na koniec mycia, włosy są tępe i niemiłe w dotyku, czyli po prostu skład jest zbyt wysuszający na moje włosie. Będę próbować jakoś jeszcze przemycić kwasy, ale póki co pozostanę przy aktualnym rozwiązaniu, czyli mieszaniu go z innymi kosmetykami i nakładanie go przed myciem. Od strony technicznej, malina moroszka jest gęsta i ma ładny owocowy, orzeźwiający zapach, idealny na letnie dni ;) Wielka szkoda, że nie ma dozownika, ale za to, w porównaniu do poprzednich balsamów, kosmetyku mamy o 30 ml więcej.



Aqua With Infusions Of Organic Rubus Chamaemorus Extract (organiczny ekstrakt moroszki), Cetearyl Alcohol, Dipalmitoylethyl, Hydroxyethylmonium Methosulfate, Ceteareth-20, Glycerin, Lactic Acid, Citric Acid, Malic Acid (kompleks kwasów owocowych), Camellia Sinensis Leaf Extract (zielona herbata), Ekstrakty: Rubus Idaeus Fruit Extract (malina), Vaccinium Macrocarpon Fruit (żurawina), Vaccinium Vitis-idaea Fruit (brusznica), Rubus Fruticosus (jeżyna) Fruit, Fragaria Chiloensis (truskawka) Fruit, Silicone Quaternium-18, Trideceth-6, Trideceth-12, Hydroxyethylcellulose, Parfum, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, CI15895, CI16035.

Podsumowując

Przyznaję, że jest tego sporo i pewnie zdenkowanie tego wszystkiego zajmie mi co najmniej pół roku, ale na pewno nie żałuję zakupionych przeze mnie produktów.
Bardzo podoba mi się to, że oprócz fajnych składów, mają ładne opakowania, co dodatkowo cieszy oko, gdy stoją na półce w łazience (bycie estetą 😁).

Z nowych kosmetyków na blogu, byłoby na tyle. Do omówienia zostały jeszcze oleje, ale z racji tego, że jest ich tylko dwa rodzaje, postanowiłam, że każdy z nich opiszę osobno. Pierwszy z nich jakich zrecenzuje jest olej makowy. :)
Zapraszam na kolejne posty, na mojego Instagrama, Facebooka i również zachęcam do zaobserwowania mojego bloga.

Pozdrawiam,




Copyright © 2014 Włosowy Ktosiek , Blogger